Autorstwa 10:00 Produktywność 14 komentarzy

Lista zadań w notatniku, czyli o Bullet Journal

Chyba każda praca przy biurku wymaga dobrego skoordynowania, a przynajmniej znośnego. Zadania przychodzą do nas różnymi kanałami, mieszają się i jeśli nie mamy dobrego systemu do zarządzania nimi, dość szybko możemy zacząć się gubić.

Próbowałam w swoim życiu wielu narzędzi. Pierwsze listy zadań robiłam na kartce w zeszycie, później przeszłam przez post-ity, które przyklejałam nawet na szyby, by ich nie przegapić, w erze aplikacji sprawdziłam Asanę, Trello, Wunderlista, Springpada i pewnie jeszcze co najmniej dziesięć różnych narzędzi, których nazw nie pamiętam.

Niektóre z tych narzędzi sprawdzały się lepiej, inne gorzej. Z częścią potrafiłam przeżyć miesiąc czy nawet kwartał, a o innych zapominałam po dwóch dniach. Dlaczego?

Lista zadań musi być na wierzchu

No musi, po prostu musi. Stąd idea przyklejanych karteczek czy zeszytów, gdzie spisujemy zadania. Karta w przeglądarce u mnie się kompletnie nie sprawdza. Jeśli ją zamknę, to często nie pamiętam, by znów otworzyć, szczególnie w przypadku, gdy o większości zadań myślę “no przecież nie zapomnę”. Jak to się kończy? Wiadomo. Gdy są powiadomienia mailowe, to ma to większą rację bytu, gdy to Habitica, która jest jednocześnie listą zadań i grą, okej, może się udać. Ale w praktyce u mnie nie spisuje się na dłuższą metę.

Mam więc notatnik. Leży na biurku, zazwyczaj w przestrzeni między monitorem a podłączoną do komputera klawiaturą. Jest zamknięty, przyciśnięty telefonem, ale jest, wiem, że tam leży. W tej pozycji oczywiście nie mogę w nim pisać, muszę do tego przesunąć klawiaturę wyżej i notatnik przenieść blisko. Jestem wtedy w tym trybie, kiedy zastanawiam się, co mam dzisiaj zrobić. Spisuję, co mi przyjdzie do głowy, w absolutnie najprostszej formie, pisząc datę i poniżej spisując listę zadań, zaczynając każde od kropki. Właśnie kropki, nie kreski, nie pustego kwadracika, który wypełnię, gdy skończę zadanie. Bo to właśnie Bullet Journal.

Bullet Journal

Bullet Journal to metoda produktywności stworzona przez Rydera Carrolla, projektanta z Nowego Jorku, która opiera się w całości na notatniku i ulubionym długopisie.

Bullet Journal (będę stosować oryginalną nazwę, bo naprawdę nie wiem jak to sensownie nazwać po polsku) powstał kilka ładnych lat temu. Kampania na Kickstarterze, która miała wspomóc rozbudowanie strony internetowej projektu, przyniosła mu spory rozgłos, a gdy w listopadzie 2015 w ramach „Show & Tell” swój notatnik pokazała Kara Benz, świat oszalał na punkcie tego systemu.

Mamy notatnik i długopis. Zapisujemy datę, poniżej zadania. Oznaczamy je konkretnym kluczem, który później oczywiście do woli można modyfikować. W podstawowej wersji korzystamy z:

  • kropki do oznaczenia zadania do wykonania,
  • kółka do oznaczenia konkretnego wydarzenia, np. spotkania,
  • kreski dla notatki.

Wykrzyknik lub gwiazdka obok kropki będą oznaczać, że coś ma wyższy priorytet. A kropkę przekształcić możemy później w strzałkę lub krzyżyk, w zależności od tego, co się z zadaniem stało.

  • krzyżyk, przecinający się w miejscu kropki, oznacza, że zadanie zostało wykonane,
  • strzałki w lewo bądź w prawo określają, gdzie przeniesione zostało zadanie, bo możemy je przenieść po prostu na kolejny dzień lub wpisać do listy zadań do zrobienia “w tym miesiącu” lub “w przyszłości”.

Więcej niż jeden kalendarz

Bullet Journal nie opiera jedynie na dniu dzisiejszym, jak robi to większość list. Pomaga on w planowaniu i jest połączeniem notatnika z kalendarzem.

Oprócz codziennej listy, gdzie spisujemy zadania, w Bullet Journal jest też miejsce na zadania do wykonania w tym miesiącu i w przyszłości, gdy jeszcze nie wiemy, kiedy konkretnie znajdziemy na nie czas.

Oczywiście wszystko to zależy od indywidualnych potrzeb, na początku możecie nie widzieć sensu w innych listach, choć po pewnym czasie zazwyczaj się do nich dorasta. Przychodzą zadania, na które nie macie czasu w tym tygodniu, a przecież nie narysujecie sobie szkieletu na najbliższe dwa tygodnie, prawda? Wtedy przydaje się ten Monthly lub Future Log według oryginalnego angielskiego nazewnictwa.

Bullet Journal + Jira/Asana

Jeśli pracujecie w większym zespole, to wiadomo, że Bullet Journal się nie sprawdzi. To fizyczny notatnik, znajdujący się fizycznie na Waszym biurku, którego nikt inny nie powinien dotykać.

Przepisywanie zadań z Jiry czy Asany, czy czego tam używacie w zespole, nie ma sensu. To dublowanie roboty, nikomu przecież niepotrzebne. Zamiast tego wystarczy, że napiszecie sobie nazwę projektu. Zrobiliście zadania — oznaczacie jako gotowe. Tyle.

Jeśli wszystkie wasze dzienne zadania to tylko to, co macie w Jirze, wtedy samo prowadzenie Bullet Journal może nie mieć sensu. Jeśli jednak zamierzacie wpisywać tam również prywatne zadania, takie jak zrobienie zakupów czy inne poboczne projekty, wtedy jest na to miejsce.

Bullet Journal to nie tylko zadania

Ha! Bullet Journal to też kolekcje. Miejsca, które chcecie odwiedzić, lista przeczytanych i planowanych książek, ulubione piosenki czy projekty, które od jakiegoś czasu chodzą Wam po głowie, ale nie macie na nie czasu.

To trackery wszelkiej maści i, choć to nie główny kanon BuJo, to przyjęły się już szerzej w tej społeczności. Tracker to zazwyczaj prostokątny arkusz z kolumnami, jedną na każdy dzień i listą nawyków po lewej stronie, w rzędach. Kolorując kwadracik meldujecie wykonanie zadania, w ten sposób pracując nad swoimi nawykami. Może to być spanie w konkretnych godzinach, picie wystarczającej ilości wody, ćwiczenia, pisanie czy wychodzenie na spacer.

Czy to musi być piękne?

Jeśli zerkniecie na internet z wpisanym hasłem Bullet Journal to nagle zobaczycie stado przepięknych notatnikow, wypełnionych ilustracjami, niektóre będą zrobione mazakami, inne akwarelami, inne kredkami, a jeszcze inne będą po prostu posklejane z naklejek i taśmy washi. Większość tych, które wyskoczą Wam na pierwszych stronach, będzie zapierało dech w piersiach. Piękne, śliczne, też tak chcę!

Każdy tak myśli w pierwszej chwili. Otwiera notatnik i próbuje, okazuje się, że ma brzydkie pismo, albo po prostu nie umie rysować. Zamyka notatnik i nigdy więcej nie myśli o Bullet Journal.

Tak nie można! BuJo to metoda produktywności. To w pierwszej chwili ma być funkcjonalne, ma działać, dopiero potem może wyglądać. Najważniejsze jest, żebyście potrafili się doczytać, żebyście wiedzieli, gdzie co znaleźć. Pomogą Wam w tym naklejki, nawet te najprostsze, które kupicie w najbliższym sklepie papierniczym lub malowanie krawędzi zakreślaczem czy mazakiem, by oznaczyć odpowiednie sekcje/rodziały/miesiące. Jeśli macie notatnik z numerowanymi stronami, to wygospodarujcie sobie miejsce na spis treści, jeśli nie ma go w notatniku.

Mój Bullet Journal

Mój notatnik to Nuuna, w rozmiarze S, z neonowymi pomarańczowymi kropkami o rozstawie 2,5 mm. Używam czarnego długopisu z cienką końcówką (0,5 mm), podróbka Muji z AliExpress, ale spisuje się idealnie. Kolory porzuciłam już kilka miesięcy temu i jedyne akcenty robię piórem z czerwonym atramentem.

Naklejkami-przekładkami (też z AliExpress) oznaczam sobie kolejne miesiące. Zdarza się tak, że naklejkę przyklejam na kolejnych stronach, bo tak mało piszę w międzyczasie.

W każdym tygodniu robię sobie ramkę, gdzie wpisuję, co będziemy przerabiać na kolejnej lekcji mojego kursu, mam osobną kartkę na rozgrzebane projekty, seriale i książki. Wykreślam te, które już skończyłam. Na końcu zeszytu mam postanowienia na ten rok, bo nadal korzystam z tego wybryku popkultury. Gdzieś w środku zeszytu, na kartce z krawędzią obklejoną taśmą washi, mam kalendarz recenzji, które muszę napisać. Mam tam nierówno porozmieszczane prostokąty, które zakreślam po napisaniu. Gdzieś pomiędzy są jeszcze jakieś koncepcje designów.

Jak każdy zatwardziały entuzjasta Bullet Journal, który jednocześnie jest szajbnięty na punkcie notatników, mam osobny zeszyt na teksty, które chcę napisać czy zarysy opowiadań, gdzie wpisuję tytuł i zostawiam stronę na spisanie luźnych myśli, wniosków czy zdań, które już wymyśliłam. Oczywiście, gdy wiem, że faktycznie zabieram się za pisanie, wpisuję to na swoją listę zadań.

Na ile wystarcza Bullet Journal

Większość notatników klasy premium, tych, które wypełnione są kropkami, ma ponad 200 stron w formacie A5. Znajdziecie oczywiście mnóstwo wariacji, zarówno mniejszych, jak i większych, z różnym rozstawem kropek czy inną liczbą stron. Ciężko więc jednoznacznie określić, ile Wam to wszystko zajmie.

U siebie, przez taki podział jak mam, brak planowania i robienia sztywnych ram dla kolejnych tygodni, zeszyt do Bullet Journal potrafi wystarczyć mi na kilka lat. Pół roku w aktualnym notesie to dopiero 1/6 całości. Taka perspektywa sprawia, że warto wydać na taki notatnik nawet bardzo dużo złotówek. Jeśli ma wytrzymać tyle, bym zdążyła go zapełnić, to nie może być pierwszym lepszym zeszytem.

Moja “oszczędność” to jednak nie reguła. Wspomniana na początku Kara Benz zapisuje swój Bullet Journal w dwa miesiące. 249 stron w dwa miesiące…

Jak zacząć?

Na samym starcie nie rzucajcie się na drogi notatnik i cienkopisy w trzydziestu kolorach. Zacznijcie od zeszytu, nawet w kratkę i ulubionego długopisu, może jakiejś kredki, jeśli chcecie dodać trochę koloru. Spróbujcie BuJo przez tydzień albo miesiąc. Wpisujcie tam zadania z pracy i te prywatne. Napiszcie, kiedy musicie iść na zakupy, zanotujcie, o której poszliście spać, wpiszcie też, że mieliście coś przeczytać. Z czasem wypracujecie, które zadania trzeba zapisać, a których nie, wypracujecie swój własny Bullet Journal, swój klucz z dodatkowymi znaczkami czy kolekcje, o których nikt wcześniej nie pomyślał.

Jeśli spodoba się Wam ta zabawa, wtedy przesiądźcie się na gruby notatnik, najlepiej w kropki. Możecie wybrać Moleskine’a w miękkiej oprawie lub Leuchtturma z numerowanymi stronami i spisem treści, którego znajdziecie już chyba w 18 kolorach. Możecie zerknąć na Rhodię i te wszystkie pół-craftowe notatniki, które znajdziecie na Instagramie i Etsy. Jest też właśnie Nuuna ze swoją kropką w mniejszych rozmiarach i są notatniki kieszonkowe przygotowane do listy zadań z firmy Word. Notebooks. Z roku na rok pojawia się tego coraz więcej, dając większą swobodę każdemu, kto chce zacząć.

Bullet Journal to dowolność formy. Jeśli nie boicie się ręcznego pisania i tego, że na biurku będzie leżeć kolejna rzecz, to spróbujcie. Bo w przeciwieństwie do aplikacji, z BuJo możecie zrobić wszystko i to nie wy dopasowujecie się do systemu wymyślonego przez kogoś, tylko naginacie system do swoich potrzeb.

Last modified: 28 lipca 2018

Close